Dziś dla odmiany będzie politycznie i literacko. Politycznie powyborowo oczywiście, ale też politycznie po polsku. A literacko, bo George Sand, bo onet.
Ensemble tout devient possible czyli Sarko wygrał. Wprawdze jako komunistka i antyprawicowiec powinnam być za Sego, ale wygadywała takie głupoty, że to aż bolało słuchać. W związku z czym, póki co cieszę się z wygranej Nicolas i mam nadzieję, że nie zrobi nic, przez co musiałabym przestać się cieszyć. Czarni bracia i czarne siostry oczywiście się burzą, ale oni zawsze są niezadowoleni z życia, więc nie ma czym się przejmować.
Co do Polski natomiast, to jestem coraz bardziej zachwycona pomysłami posłów. Kara za noszenie mini oraz kłótnia o posłankę Lewandowską, opalającą się topless bawią mnie do łez, dopóki nie przypominam sobie, że chodzi o “elity polityczne” i zaczynam się zastanawiać, dlaczego w Polsce dno jest na górze. Plus polowania na czarownice ciąg dalszy. Panowie od “dezubekizacji”, Arthur Miller się kłania. Nie potrafię zrozumieć jaki jest cel całego tego cyrku. Chyba tylko odwrócenie uwagi prymitywnych jednostek (które się na to łapią) od rzeczywistych problemów. Natomiast pomysł wyrzucenia pomnika poświęconego rosyjskim żołnierzom, którzy zginęli w czasie wyzwalania Polski uważam za skandal. Można uważać za zbrodniarza Lenina czy Stalina. Ale to są groby bogu ducha winnych ludzi, którzy naprawdę za ten kraj zginęli, walcząc z nazistami. I zasługują na nasz szacunek. Swoją drogą mam nieodmienne wrażenie, że jestem w świecie opisanym przez Orwella. Dzisiaj nie lubimy Eurazji Zachodniej, jutro nie będziemy lubić Eurazji Wschodniej. Co się zmieni ideologia oficjalna, to się zmieniają bohaterowie i zdrajcy. Kiedyś AK było zaplutym karłem reakcji, dzisiaj AL jest stawiane pod pręgierzem. Panowie od dekomunizacji niczym nie różnią się od panów od dezimperializacji. Tacy sami demagodzy, grający na najniższych ludzkich instyntktach, propagandyści od siedmiu boleści.
Swoją drogą, kiedy porównuję politykę Polski i Francji nasuwa mi się nieodparcie jeden wniosek. Polska jest chyba jedynym krajem, gdzie polityka wcale nie jest polityką, tylko oficjalnym handlowaniem stołkami. W Polsce nikt nawet nie próbuje udawać, że ma jakiś program, popiera kogoś, bo zgadza się z jego ideami. Nie, u nas otwarcie mówi się o tym co, dla kogo, i za co. A to koalicja będzie, bo ktoś tam dostał wymarzony stołek, a to jej nie będzie, bo stołka nie obiecano… Żenujące.
Jeśli chodzi o literaturę, jakoś nie mam ostatnio szczęścia co do lektur. Najpierw w ramach poczucia obowiązku literackiego (pewne rzeczy wypada znać) wzięłam się za “La Mare au diable” niejakiej George Sand. Póki co przeczytałam 102 strony, całość liczy ich sobie 186. No cóż. Nudne. Przewidywalne. Naiwne. Dwa pierwsze rozdziały koszmarne (wszystkie te rozważania o sztuce i naturze… jak czytam Panofskiego, to może to i ciężkie, ale przynajmniej interesujące, a tutaj takie nie wiadomo co). Jestem na nie. Po drugie, kolejny dzień z rzędu onet dostarcza mi niezwykłych doznań artystycznych. Wczorajszy artykuł o “Codex Sinaiticus” napisał nie dość, że człowiek mało zorientowany w temacie, to jeszcze grafoman. I to grafoman na skalę Mniszkówny. Żeby nie być gołosłownym:
W bibliotece klasztoru św. Katarzyny w koszu na śmieci spoczywało łącznie 129 kart. 43 z nich podarował mu opat, zatrzymując jednak resztę. Tischendorf powrócił do ojczyzny, pozwalając fetować się jak gwiazdor.
Ciekawe, leżały sobie te karty kilkaset lat w klasztorze i akurat w dniu przyjazdu uczonego postanowiono je wyrzuć. A uczony zamiast siedzieć w bibliotece grzebał w koszu na śmieci. A potem dostał 43 kart od opata (dlaczego akurat tyle? i w ogóle jakich kart, tarota? pergaminów? stron?), który resztę, wyrzuconych ponoć do śmieci świstków, postanowił ni z tego ni z owego zatrzymać.
Tischendorf odczuwał niepokój i znowu spakował walizki.
Autor artykułu najwyraźniej ma jakieś konszachty z duchami, skoro wie co sto lat temu odczuwał pan T.
Ponadto “szpieg Jezusa“, “manuskrypt dla którego musiała się wykrwawić cała trzoda” i absolutny hit: Z kałamarzami po lewej ręce i rylcami w prawej dłoni (rylcami? to to jest manuskrypt czy tabliczka? i co, maczali rylce w kałamarzu i tak pisali?) skrybowie siedzieli dzień i noc przy niewielkich stołach, bazgrząc na jasnym pergaminie wielkie greckie litery, które ciągną się nieskończonym łańcuchem. A, no i pisarz A, który partolił i teksty wyglądające tak staro, jakby sam Bóg wręczył je przez chmury (w sensie za pośrednictwem chmur?).
Dzisiaj ubawiłam się ponownie, tym razem czytając artykuł o Britney Spears. Pomijając już fakt, że dla mnie ona nie jest celebrities, bo mimo wszystko wylansowała się jako piosenkarka, niezależnie od tego, jak śpiewa, a nie jak Paris H. znana z tego, że jest znana, to używane przez autora sformułowanie doprowadzały mnie do niepohamowanych wybuchów radości, ale niestety nie mogę go zacytować, bo zaginął w odmętach onetu (taki język jest chyba zaraźliwy;).
Opublikował/a Kot Behemot