Krótki przegląd wydarzeń ostatnich tygodni.

22 listopad 2007

W związku z tym, że mój komputer ostatnimi czasy jest równie chętny do współpracy jak paryskie metro, zaniedbałam co nieco politykę, skupiając się raczej na krasnoludkach rodem z Redmond. Póki co, złośliwe stwory nieco się uspokoiły, czas więc nadrobić zaległości. A działo się, oj działo.

 1. Bajka o długoPiSie.

Znacie bajkę o długoPiSie? DługoPiS nie porządził.

Długo może i nie było, ale barwnie z całą pewnością. Moimi absolutnymi faworytami byli: Wielki Edukator z jego dogłębną znajomością literatury polskiej oraz Minister Fotyga za niezwykły takt, obycie i niespotykane wprost umiejętności dyplomatyczne. No i po co Polsce jacykolwiek wrogowie, skoro ma takich rządzących?

Pomijając wszystko, jedno trzeba PiSowi przyznać: zmobilizował Polaków jak nigdy dotąd. Od lat już frekwencja wyborcza wyraźnie kulała – duża część wykształciuchów zwyczajnie wolała w niedzielę posiedzieć w domu z rodziną, zamiast iść do urn i udawać, że mamy jakikolwiek wybór. Bo czy wybór między cholerą a dżumą jest wyborem? Tymczasem, bum, pospolite ruszenie. Polskie Anglia i Irlandia masowo ruszyły do lokali wyborczych, podobnie jak te paskudne wykształciuche z wielkich miast i podstępnie sprawiły, że jedyna słuszna partia nie jest taka słuszna i z całą pewnością nie taka znowu jedyna. Alleluja. Nie, żebym wierzyła w cudowność rządów Tuska, ale może przynajmniej przestaniem robić z siebie na forum międzynarodowym idiotów jakich świat nie widział.

2. “Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść niepokonanym”, czyli kończ waść, wstydu oszczędź.

Były już (na szczęście) premier najwyraźniej nie bardzo się potrafi odnaleźć w nowej sytuacji – nadal absolutnie pewny swojej misji bronienia Polski przed jakimiś bliżej niezidentyfikowanymi układami, bredzi coś o Bogu i wybaczaniu. Tak, to nieładnie używać określenia “bredzi” w odniesieniu do premiera (nawet jeśli byłego). Ale jak cię widzą (słyszą w tym wypadku), tak cię piszą, a naprawdę, jak inaczej określić człowieka, który z niezachwianą pewnością informuje 38 milionów Polaków, że Bóg mu wybaczy? Prorok? Jasnowidz? Nawiasem mówiąc, pewien internauta napisał na forum onetu: Bóg wybaczy, Polacy nigdy.

3. Symbol.

W Kancelarii Premiera znaleziono pocisk przeciwpancerny, w związku z czym całe radosne towarzystwo, włącznie z nowym premierem trzeba było ewakuować. I znowu za onetem: po rządzie Kaczyńskiego został tylko symbol: niewypał!

 4. Za wolność naszą i waszą.

Ostatnimi czasy wszędzie nas pełno: jak nie Irak, to Afganistan, to znowu jakiś inny Czad. Przepiękne określenie “pokojowa misja stabilizacyjna” jest eufemizmem jakiego świat nie widział – niestety tam, gdzie wysyła się ludzi z bronią nie ma ani pokoju ani stabilizacji. Już sam fakt polskiej, zbrojnej obecności w obcym kraju uważam za hańbę. Polska, która tyle przecierpiała pod obcym butem, stała się agresorem. I nikt mnie nie przekona, że to dla czyjegoś tam dobra, że wolność, że demokracja. Demokracja z UZI ręku, wolność niesiona na skrzydłach F-16. Potem zaczęli ginąć nasi żołnierze. Teraz zaś, Polacy dali popis tejże wolności i demokracji, której u boku Ameryki nagle stali się strażnikami i urządzili Afgańczykom krwawą łaźnię w  Nangar Khel. Zeznania, jak to zwykle w takiej sytuacji są sprzeczne, ci, co strzelali mówią, że oni tylko wykonywali rozkazy (w Norymberdze też tak mówili…), dowódcy wypierają się jakiejkolwiek odpowiedzialności. Fakt pozostaje faktem, że zginęli niewinni ludzi i Polacy są zbrodniarzami wojennymi. Nawiasem mówiąc, jestem pełna podziwu dla genialnej interpretacji sądu: “nie ma wystarczających dowodów na to, że żołnierze celowo chcieli zabić cywilów. Ale strzelali, wiedząc, że tak to się może skończyć.” Nie, Wysoki Sądzie, strzelali i nie chcieli zabić. Myśleli, że to kapiszony…


Najweselszy barak w Europie.

14 wrzesień 2007

Swego czasu byliśmy najweselszym barakiem w układzie warszawskim. Czasy wprawdzie się zmieniły – układu warszawskiego dawno już nie ma, szkoda tylko, że w Polska jak wesoła była, tak wesoła jest. Dzisiaj jednak żadnego marudzenia: ach, użyjmy żywota, wszak żyjem tylko raz!

1. Ludwik Dorn feat Rihanna “Umbrella”.

 

2. Samochwała, autor nieznany.

Samochwała w kącie stała
i tak rok podsumowała :

Zdolny jestem niesłychanie ,
Mam na świecie poważanie,
W kraju -same osiągnięcia
Dłuższe życie (od poczęcia )

Koalicja – wzór współpracy ,
Z Sejmu dumni są rodacy,
Rząd najlepszy od półwiecza,
Skupił sie na wielkich rzeczach.

Kompetentni ministrowie,
Każdy poseł – ideowiec,
Z zasadami , jak husaria:
Bóg, Ojczyzna, Honor(aria).

Dla narodu becikowe,
Nowy peron we Włoszczowie.
Lepiej żyje się rodzinom
(Jednej mamie i dwóm synom)

Okno na świat – otworzone,
Turystyka – w jedną stronę ,
Lepsza praca, wyższa płaca
(zwłaszcza jeśli ktoś nie wraca).

Gospodarka rozpędzona:
Są mieszkania (trzy z miliona),
Jest kilometr autostrady,
Ład moralny i zasady.

Politycznej wzrost kultury
(Nurt plebejski przykład z góry),
Nie ma WSI (choć jeszcze trochę,
A zrobimy wszędzie wiochę).

Cały naród żyje w zgodzie.
IPN – I po narodzie.
CBA – udane akcje ,
Super MEN – co rusz atrakcje .

W szkołach nie ma juz Darwina,
Będzie dryl i dyscyplina,
Nie podskoczy żaden gieroj!
Tolerancji nie ma ! Zero!

Żadnych gejów, Ferdydurek,
Jest amnestia i mundurek!
Wolność słowa i pluralizm
(Bo rządzących wolno chwalić).

Jest religia na maturze,
Wierny lud na Jasnej Górze.
Nie rozumie tylko Unia :
Rząd z Warszawy , czy z Torunia?

Krótko mówiąc : rok udany!
Tylko naród… do wymiany.

 

3. Pro publico bono.

- Chcemy tylko waszego dobra – powiedział prezydent Kaczyński.

Zaniepokojeni Polacy zaczęli ukrywać swoje dobra.

 

4. Z czego się robi marihuanę, czyli kto uświadomi premiera?

 

5. Nasza szkapa z pokładu Idy, czyli Wielki Edukator vs polska literatura.

 

6. Kaczka dziennikarska.

 

Na koniec, dla tych którzy jeszcze nie widzieli, najnowszy spot reklamowy PiS. Poprzednie (z wyjazdem na kolonie i sklepikarzem) były tak irytujące, że nie znam osoby, która na ich widok nie miałaby ochoty wyrzucić telewizora przez okno. Ten dla odmiany jest tak idiotyczny i sztucznie zagrany, że najpierw z otwartą buzią gapiłam się na ekran, potem wybuchnęłam śmiechem, a na koniec zaczęłam się zastanawiać, czy to aby przypadkiem nie jest sprawka opozycji, która chce ośmieszyć przeciwnika. Mordo ty moja! (Cytując Dodę: GLEBA!)


Nie ma ludzi niewinnych. Są tylko źle przesłuchani.*

4 wrzesień 2007

Serdecznie dziękuję za pomoc Świstakowi - za specjalistyczną pomoc i cierpliwość oraz Tristan - za dodatkowe wyjaśnienia.

Z każdą nową wiadomością, z każdym kolejnym pomysłem władzy, myślę, że gorzej już być nie może, po czym rzeczona władza z jakąś upiorną przekorą, udowadnia mi, jak bardzo się mylę… Tym razem Sąd Najwyższy wpadł na prawdziwie genialny pomysł: strony internetowe, które są aktualizowane częściej niż raz na rok powinny być traktowane na równi z prasą, co oznacza, że trzeba je rejestrować w sądzie, w przeciwnym bowiem wypadku, w świetle prawa są nielegalnie działającymi dziennikami lub czasopismami (lub czasopisma! to już kiedyś było…), za co grozi grzywna, a nawet ograniczenie wolności. Oznacza to, że większość działających w internecie stron, jest w świetle polskiego prawa nielegalna: począwszy od głupawych blogów trzynastolatek o dollsach i blogaskowych opowiadań o miłości, pełnych kfffiatkuff na TrAwNiKaCh (o zgrozo!), a na kończąc na hodowcach rybek akwariowych, którzy wymieniają się informacjami o karmieniu glonojadów. Zaintrygowana całą tą sprawą (a przyznaję, że na początku wzięłam to za żart), postanowiłam podpytać specjalistów, których złapałam na jednej ze stron (nie powiem jakiej, bo jeszcze też im się każą rejestrować? w końcu jako blogger jestem dziennikarzem, więc mogę sobie pozwalać – źródeł się nie zdradza). Pierwszy z zapytanych ograniczył się do stwierdzenia, że u niego w pracy cała kancelaria ma zabawę z tego przepisu (no no, wzbudza to nasze prawo szacunek, że hej), drugi podszedł do sprawy bardziej poważnie, co więcej okazał się mieć sporo doświadczenia w prawie prasowym. Tak więc, zgodnie z obowiązującą ustawą o prawie prasowym z dn. 26 stycznia 1984r. (Dz. U. z dn. 7 lutego 1984r.):

Art. 7. 1. Ustawa reguluje prasową działalność wydawniczą i dziennikarską.

2. W rozumieniu ustawy:

1) prasa oznacza publikacje periodyczne, które nie tworzą zamkniętej, jednorodnej całości, ukazujące się nie rzadziej niż raz do roku, opatrzone stałym tytułem albo nazwą, numerem bieżącym i datą, a w szczególności: dzienniki i czasopisma, serwisy agencyjne, stałe przekazy teleksowe, biuletyny, programy radiowe i telewizyjne oraz kroniki filmowe; prasą są także wszelkie istniejące i powstające w wyniku postępu technicznego środki masowego przekazywania, w tym także rozgłośnie oraz tele- i radiowęzły zakładowe, upowszechniające publikacje periodyczne za pomocą druku, wizji, fonii lub innej techniki rozpowszechniania; prasa obejmuje również zespoły ludzi i poszczególne osoby zajmujące się działalnością dziennikarską,

2) dziennikiem jest ogólnoinformacyjny druk periodyczny lub przekaz za pomocą dźwięku oraz dźwięku i obrazu, ukazujący się częściej niż raz w tygodniu,

3) czasopismem jest druk periodyczny ukazujący się nie częściej niż raz w tygodniu, a nie rzadziej niż raz w roku; przepis ten stosuje się odpowiednio do przekazu za pomocą dźwięku oraz dźwięku i obrazu innego niż określony w pkt 2,

4) materiałem prasowym jest każdy opublikowany lub przekazany do opublikowania w prasie tekst albo obraz o charakterze informacyjnym, publicystycznym, dokumentalnym lub innym, niezależnie od środków przekazu, rodzaju, formy, przeznaczenia czy autorstwa,

5) dziennikarzem jest osoba zajmująca się redagowaniem, tworzeniem lub przygotowywaniem materiałów prasowych, pozostająca w stosunku pracy z redakcją albo zajmująca się taką działalnością na rzecz i z upoważnienia redakcji,

6) redaktorem jest dziennikarz decydujący lub współdecydujący o publikacji materiałów prasowych,

7) redaktorem naczelnym jest osoba posiadająca uprawnienia do decydowania o całokształcie działalności redakcji,

8 ) redakcją jest jednostka organizująca proces przygotowywania (zbierania, oceniania i opracowywania) materiałów do publikacji w prasie. 
Wczytując się w treść ustawy można dojść do wniosku, że faktycznie wszyscy jesteśmy dziennikarzami. Jest stały tytuł, jest aktualizacją częściej niż na rok, są materiały dotyczące różnych tematów. Tylko… Z logicznego punktu widzenia wszystko to jest kompletną bzdurą, Sąd Najwyższy najwyraźniej nie nadąża za czasami. To, co kiedyś pisało się w pamiętniczku, skrzętnie chowanym w szufladzie, dzisiaj pisze się na blogu. Pewien kłopot mogą sprawiać blogi polityczne, albo o bardziej naukowym czy literackim zabarwieniu. Ale taka jest istota internetu – nieskrępowana wolność słowa. Nikt z nas nie czerpie korzyści z tego, co robi, nie jesteśmy więc dziennikarzami, dla których pisanie jest podstawą egzystencji. Robimy to dla zabawy, dla własnego widzimisię, czasem dla przyjaciół – realnych lub wirtualnych. Ale w oczach IV RP wszyscy jesteśmy przestępcami.

Z prawnego punktu widzenia, mój szanowny konsultant określił całą sprawę tak: “No cóż, Sąd Najwyższy się pomylił, bowiem nie wystarczyło mu odwagi i zrozumienia internetu, by obalić przepis. A wystarczyło skierować sprawę do Trybunału Konstytucyjnego,  celem zbadania konstytucyjności sankcji karnej – jest ewidentnie niekonstytucyjna, bo znamiona czynu nie są jasne. Pozostałby martwy przepis z wyrwanym sercem (bez sankcji). Ale SN “popełnił” wypadek przy pracy.”

Mówiąc po polsku:  pojęcie “prasa” jest bardzo szerokie i brak mu precyzyjnego określenia. Tymczasem, zgodnie z zasadą prawa karnego “nullum crimen sine lege certa” – żadnej kary, jeśli prawo nie jest jasne (tzn. jeśli nie precyzuje dokładnie jaka kara i za co). Sąd Najwyższy dostał pytanie prawne od sądu niższej instancji, czy strony internetowe podlegają rejestracji tak jak prasa – w tym wypadku chodziło o konkretny wypadek “Szycie po przemysku”. Pytanie to miało pomóc w rozstrzygnięciu czy redaktor tej internetowej publikacji, który jej nie zarejestrował, popełnił przestępstwo. SN odpowiedział, że podlegają rejestracji JEŚLI SĄ PRASĄ wg znamion ustawy. Sęk w tym, że ustawa właśnie nie precyzuje czym ta prasa jest. Sprawę powinien więc rozpatrywać nie tylko Sąd Najwyższy, tylko także (a może przede wszystkim) Trybunał Konstytucyjny. Bo to trybunał zajmuje się ocenianiem, czy prawo (ustawa) jest zgodne z Konstytucją (prawem wyższym), czy nie. A przepis karny, który grozi karą za czyn niejasno określony budzi wątpliwość, czy przypadkiem nie jest z prawem sprzeczny (nullum crimen sine lege certa). Obowiązek rejestracji byłby w rzeczywistości pustym sloganem, ponieważ nie można byłoby nikogo za niezarejestrowanie się ukarać, bo ustawa nie precyzuje co właściwie powinno być rejestrowane… Ponadto, ktoś chyba zapomniał, że w roku 1984, kiedy tę ustawę tworzono, internetu nie było, jakim prawem więc nagina się ją do czegoś, czego jej twórcy nie mieli na myśli?Pomijając jednak wszystkie meandry prawa, obawiam się tylko jednej rzeczy. Państwo polskie wykazuje się przerażającą indolencją jeśli chodzi o ściganie rzeczywistych przestępców: strona redwatch bawi się z organami ścigania w kotka i myszkę, pedofilski portal misiaczek śmieje się prawu w twarz. Tylko kiedy chodzi o czepianie się zwykłego obywatela, służby okazują się być bardzo skuteczne – a to wkroczą na teren akademika (notabene bez zgody rektora, czyli niezgodnie z prawem), a to zamkną Bogu ducha winnych tłumaczy, którzy ze swojej pracy nie czerpali żadnych korzyści… Łatwiej przymknąć studenta niż neofaszystów.

AKTUALIZACJA PONIŻEJ

***

Drugą niezmiernie fascynującą sprawą jest, tradycyjnie już, stosunek Kościoła do państwa i vice versa. Kardynał Dziwisz krytykuje Radio MaRyja, a premier broni jedynie słusznej radiostacji jak lew. O. Rydzyk organizuje spotkanie polityków. Mam strasznie dziwne wrażenie, że dostałam pomieszania zmysłów. Dlaczego, do licha ciężkiego, ksiądz wcina się w sprawy państwa, a polityk w sprawy Kościoła? Przecież to jakiś kompletny obłęd… 

P.S. Zapomniałam się pochwalić, że Kot Behemot, jak to Kot Behemot przekracza wszelkie granice i wymyka się wyobraźni ludzi i polityków. Cytując mojego speca od prawa: “ciekawy problem kolizyjno – międzynarodowy się tu pojawia: prawu którego państwa podlega witryna, pisana po polsku przez obywatela polskiego, ale zamieszkałego za granicą, a umieszczona na serwerze państwa trzeciego;) Jeśli mówię, że problem ciekawy, to znaczy – dotąd w prawie polskim nierozwiązany;)” No teraz to już zostało to prawnie udowodnione – ja się nie mieszczę w żadnych normach!

P.S.2 A dzielni internauci walczą jak mogą o swoją niezależność. Kilku blogowiczów poświęciło ciężko zarobione 40 zł i udało się do sądu z prośbą o rejestrację ich twórczości jako czasopism. No to czekamy – jakby polskie sądy miały za mało pracy, to jeszcze sobie dokładają, tworząc kompletnie bezsensowne i puste prawa. (Może i faktycznie nie mają co robić, w kraju eldorado pod rządami jedynej słusznej partii, autostrady mamy lepsze niż niemieckie, stadion narodowy przyćmił Stade de France, pokopani chłopcy od piłki nauczyli się grać i przyjmować postawę do hymnu, a Edyta Górniak poznała melodię Mazurka Dąbrowskiego…).

AKTUALIZACJA

Dzięki dyskusji, który pojawiła się w komentarzach, posprawdzałam jeszcze kilka spraw i precyzuję. SN z dniem 26 licpa br orzekł iż strona www jest dziennikiem lub czasopismem, i jako taka powinna być zarejestrowana. Uzasadnienie orzeczenia nie zostało jeszcze opublikowane – na to trzeba poczekać do 10.09 – dopiero wtedy dowiemy się, z jakich powodów SN podjął taką, a nie inną decyzję. 

http://www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_070905/prawo/prawo_a_4.html


Ironia historii, batalia o mundurki i Polska górą, czyli gaz stop.

3 wrzesień 2007

Przyznam szczerze, że jestem coraz bardziej zagubiona i coraz bardziej przerażona sytuacją w Polsce. Nagrania, komisje, aresztowania, rozpanoszone służby. Wczorajszy bohater, który dzielnie budował IV Rzeczpospolitą, nagle okazuje się być podejrzanym, nikt wprawdzie do końca nie wie o co, ale dajcie mi człowieka, a znajdę paragraf. Media, które nie są propisowskie (a jakieś są, poza Radiem MaRyja i Telewizją Puls?) oskarżane są niemal o zdradę stanu i nazywane zagrożeniem dla demokracji. Jednym słowem – kto nie z nami, ten przeciwko nam, sąd sądem a sprawiedliwość musi być po naszej stronie, a demokracja jest wtedy, kiedy dzieje się po nasz myśli, a jak nie, to jest to zamach stanu. Cóż za ironia historii, że IV RP, która tak dzielnie odżegnywała się od komunizmu, nagle zaczęła przypominać najpiękniejsze lata ZSRR.

Lepper i Giertych dzielnie udają, że oni z tym rządem nie mieli nic wspólnego, a rząd kreuje się na prześladowanego męczennika, cierpiącego ku chwale ojczyzny. A nuż ktoś się na bierze?

Premier apeluje o poparcie, mówiąc, że jest gotowy rządzić tylko i imię zasad (no proszę, jednak nie chodzi o pieniądze, władza uzależnia sama w sobie). Vaclav Havel sugeruje, że w Polsce powinny odbyć się jak najszybciej demokratyczne wybory, na które zaproszeni powinni zostać międzynarodowi obserwatorzy, co w sposób bardzo jaskrawy pokazuje jak inni widzą naszą politykę. Panie Premierze, ja też apeluję: kończ Waść, wstydu oszczędź.

***

Politycy podkładają sobie świnie, podsłuchują się, straszą i obrzucają błotem, a życie toczy się dalej. W ogólnym rozgardiaszu rocznica wybuchu II Wojny Światowej przemknęła jakoś bez większego echa, chociaż TVP przynajmniej raz nie dała plamy i puściła w najlepszym czasie antenowym “Jutro idziemy do kina”, a dzisiaj w Teatrze Telewizji o 20.20 (koniec świata ani chybi, teatr telewizji o 20.20) będzie sztuka “Pierwszy września”. Niekoniecznie mili panowie z tzw. elit politycznych mogą się niekoniecznie ładnie bawić (tzn. teoretycznie nie mogą, a przynajmniej nie powinni, ale ten fakt jakoś nie ma dla nich znaczenia), a życie toczy się dalej.

Wrzesień tradycyjnie wiąże się ze szkołą, zeszyty jeszcze są ładne i niepomazane, książki pachnące nowością, a uczniowie pełni sił i dobrych chęci. Ponieważ jednak IV RP nie byłaby sobą, gdyby nie wprowadziła zamętu w każdą dziedzinę naszego życia, także szkoła nie oparła się huraganowi jedynie słusznych pomysłów. Wielki Edukator popadł w niełaskę, ale jego pomysły zostały, komplikując życie Bogu ducha winnym ludziom (no proszę, Wielki Edukator naprawdę może powiedzieć “non omnis moriar”, jego już nie na stanowisku, a dzieło jego życia trwa). Wielka batalia o kanon, godna niemal bitwy pod Grunwaldem, okazała się być raczej burzą w szklance wody. Następca Wielkiego Edukator, minister edukacji o wdzięcznym nazwisku Legutko, rozstrzygnął sprawę iście po salomonowemu, trzymając się zasady “panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek”. Dla wykształciuchów Gombrowicz, Dostojewski i nawet “Cesarz” Kapuścińskiego, dla Ligi Promila Rozumu – Jan Paweł II i abp Majdański. Nadal nie wiem, jak ci biedni licealiści zdołają przeczytać te wszystkie lektury (już w czteroletnim LO było ciężko, a co dopiero w trzyletnim i przy rozszerzonym kanonie), ale to są widocznie zupełnie nieistotne szczegóły.

Sprawą znacznie bardziej interesującą są mundurki. To chyba jeden z nielicznych przepisów, który sprowokował tak żywiołową reakcję społeczeństwa. Polacy podzielili się na dwa, zaciekle ze sobą walczące obozy, z których każdy potrafił podać milion argumentów za lub przeciw ujednoliceniu strojów szkolnych. Osobiście jestem “pro – mundurkowa”, chociaż rozumiem też drugą stronę, zwłaszcza protestujących uczniów. Każdy z nas jest inny, dobrze czujemy się w różnych ubraniach i kolorach. Ale z drugiej strony… Szkoła nie jest rewią mody, ani miejscem do manifestowania swojej osobowości. Przychodzimy do niej na kilka godzin dziennie, żeby czegoś się nauczyć, nie po to, że zaimponować innym strojem albo ogłosić światu fakt bycia drugą Dodą/dresiarzem/metalem/rasta czy kimkolwiek innym. Ponadto współcześni rodzice albo nie panują nad swoim dzieckiem, albo ich nic nie obchodzi, albo sami nie posiadają odpowiednio wyrobionego poczucia odpowiedniości stroju do miejsca. Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że licealistka, a nawet gimnazjalistka, potrafi przyjść ubrana do szkoły w stroju godnym tirówki albo Dody na scenie (co na jedno w sumie wychodzi)? Jest to nie tylko nieestetyczne (naprawdę, nie każdy chce oglądać gołe brzuchy, pośladki i wzgórki łonowe, tym bardziej, że często nie ma na co patrzeć…*), ale też o tyle niebezpieczne, że jest to wiek, w którym hormony buzują, a szkoły mamy w końcu koedukacyjne. I jak ci biedni chłopcy mają się skoncentrować na lekcjach? Ponadto, taki mundurek to swoista “szkoła życia”. Dorośli też nie zakładają na siebie byle czego. Pani w banku ma garsonkę, agent nieruchomości garnitur, a kasjerka w supermarkecie firmowe ubranko. To wszystko są mundurki – mniej lub bardziej sformalizowane, ale jednak. Nauczenie młodych ludzi, że do każdego miejsca należy dobrać odpowiedni strój jest więc bardzo pożądane. W końcu podobno szkoła ma nie tylko uczyć, ale i wychowywać? A może jednak mundurki nie są absolutnie konieczne? Może po prostu wystarczy wpisać do regulaminu szkoły obowiązek odpowiedniego stroju (zasłonięty brzuch, zakaz eksponowania bielizny, zakaz wyzywającego makijażu)? Są to zresztą zapisy, które prawdopodobnie znajdują się w statutach większości szkół. Może czas zacząć to egzekwować?

*A propos rozebranych uczennic i “nie ma na co patrzeć” przypomniała mi się historia jeszcze z mojego LO. Pewna panienka przyszła do szkoła w stroju mocno… wyzywającym, powiedzy. Czarne kozaki na koturnie, czarna mini, obcisła, dużo odsłaniająca bluzka. W jej założeniu zapewne miało to być interesujące dla płci przeciwnej. A jaki był efekt? Jeden z moich kolegów popatrzył, po czym stwierdził: “ale ma krzywe nogi”. 

***

A tak nieco bardziej optymistycznie i z zupełnie innej beczki: Agnieszka Radwańska pokonała w US Open Marię Szarapową i przeszła do 4 rundy turnieju. Hura, wreszcie mamy porządną tenisistkę!

Dowcip okolicznościowy: Po wygraniu przez Radwańską meczu, Putin wysłał do Kaczyńskiego telegram: “Gratuluję wygranej. STOP. Gaz STOP. Ropa STOP.


Groch z kapustą, czyli pozdrawiamy sojuszników, papieska nauka o wartościach, oraz polski cyrk na kółkach.

9 sierpień 2007

Amerykanom “zadziało się” w Iraku ok. 110 tys. karabinów AK-47, 80 tys. pistoletów, 135 tys. kamizelek kuloodpornych, 115 tys. hełmów… Pusty AK-47 waży 3,8 kg, a załadowany 4,3 kg. Czyli licząc same AK-47 Amerykanie zgubili minimum 418 ton. Duża sztuka. Ilustracja z onetu, która jak sądzę, wyjaśnia wszystko:

Machniom?

***

Prezydent USA, niejaki George W. Bush, podpisał ustawę, która znosi wizy wjazdowe do USA dla obywateli niektórych krajów, np. Czech i Estonii. Polska najwyraźniej na taki zaszczyt nie zasłużyła. No i po co się tak płaszczyć przed Ameryką, wysyłać naszych żołnierzy na wojnę, zgadzać się na tarczę antyrakietową, skoro nie tylko nie mam z tego żadnych korzyści (a wręcz same straty), ale na dodatek traktują nas jak terrorystów? Jakieś dziwnie jednostronne to partnerstwo…

***

W kwietniu 2006 roku niejaki sierżant Lawrence Hutchins dowodził grupą 7 żołnierzy, która poszukiwała w Iraku człowieka podejrzanego o terroryzm. Ponieważ go nie znaleźli, to żeby zgadzała im się sztuka, porwali sąsiada podejrzanego, 52-letniego, nieuzbrojonego człowieka, zastrzelili go, a później ułożyli przy nim broń i narzędzia, sugerujące, że podkładał ładunek wybuchowy. W ostatni piątek Hutchins został skazany przez sąd w Kalifornii na 15 lat więzienia za zabójstwo bez premedytacji. Wg słownika języka polskiego, premetydacja to “rozmysł; obmyślenie i przygotowanie naprzód jakiegoś działania, postępku o charakterze ujemnym”. Rozumiem, jakby Hutchins strzelał do kogoś i przypadkiem trafił w faceta, ale ówże dzielny stabilizator porwał niewinnego człowieka, zamordował go z zimną krwią, a później upozorował, że był to terrorysta. Jeżeli to nie jest premedytacja, to co nią jest? Jednakże adwokat Hutchinsa argumentował, że jego klient działał pod wpływem stresu (bo do nich strzelali podli Irakijczycy, zamiast stanąć pod ścianą i pozwolić się wystrzelać Hutchinsowi) i nie było to działa nie rozmyślne, tylko “błąd w dowodzeniu” (jak nie broń zgubią, to błąd w dowodzeniu, ale mamy sojuszników). Był to ostatni z serii procesów żołnierzy, cytując za onetem, ”uczestniczących w tym incydencie”. Wracając do słownika języka polskiego, incydent to “nieprzyjemne, mało ważne wydarzenie”. Ach te incydenty w trakcie misji stabilizacyjnej. Nie ma to jak eufemizmy.  

***

Benedykt XVI stwierdził, że “bogactwo nie zapewnia zbawienia, a może mu nawet poważnie zaszkodzić”, oraz że “dowodem mądrości i cnoty jest nie przywiązywać serca do dóbr tego świata, gdyż wszystko mija, wszystko może się nagle skończyć”. Jak na człowieka, który nosi czerwone mokasyny od Prady, ma specjalnie grawerowanego iPoda i reprezentuje  instytucję, dysponującą od wieków olbrzymim majątkiem na całym świecie, takie zdanie wydaje się być co najmniej nie na miejscu. Cóż, pieniądze szczęścia nie dają, mówią ci, co je mają.

***

Tenże sam Benedykt XVI przyjął na audiencji niejakiego Tadeusza R., w pewnych kręgach znanego także jako “Ojciec Dyrektor”. Udzielił błogosławieństwa wszystkiemu, co reprezentuje sobą Radio MaRyja (a koń jaki jest, każdy widzi).

Dziewięc grzechów cudzych, pkt. 3 – 8

3) Komu grzeszyć pozwalać, 4) Kogo do grzechu pobudzać, 5) Komu do grzechu pomagać, 6) W cudzym grzechu uczestniczyć, 7) Na cudzy grzech milczeć, 8) Cudzemu grzechowi nie zapobiegać

***

Przygotowania do Euro2012 posuwają się w szalonym tempie, zdążyliśmy już zmienić odpowiedzialnego za całość ministra oraz anulować przetarg na budowę stadionu narodowego. Oj, zadziwimy Europę tymi mistrzostwami, zadziwimy… [A pewnie, jak zobaczą Jarmark Europa i nasze drogi, to się tak zdziwią, że więcej do Polski nie przyjadą.]

***

Polska powinna oddać Niemcom dzieła sztuki, które znalazły się u nas na skutek II Wojny Światowej. Jak mówił Pawlak: “ludzie, trzymajcie mnie, bo nie wytrzymam”.

***

Wojsko polskie wybiera się dla odmiany do Czadu. No, tam nas jeszcze nie było. Jak nie Irak, to Afganistan, teraz znowu inny Sudan, a baz wojskowych pilnują wynajęte służby ochroniarskie. Potęga militarna, nie ma co…

***

Polska polityka nieodmiennie prezentuje się jak cyrk na kółkach, nawet kabaretu nie trzeba, wystarczy obejrzeć wiadomości. Wybory będą, wyborów nie będzie, wybory będą, wyborów nie będzie, i wszyscy robią mądre miny pod tytułem “wiem, ale nie powiem”. Nareszcie się okazało, że jednak przeciek był, więc rewolucja pożera własne dzieci, głowy się sypią, a szefowie różnych służb zmieniają jak w kalejdoskopie. Premier wraca z urlopu, czy ktoś mógłby mu powiedzieć, że jak się mówi, to się otwiera usta, albo przynajmniej puszczać pod spodem podpisy, co on tam mamrocze, chociaż zwykłych ludzi i tak niewiele to obchodzi (sądząc po pewnej ulicznej sondzie, której uczestnicy w ogromnej większości prezentowali poglądy typu “wstyd, wstyd, wstyd” albo “wysłać polityków na księżyc”). Pod ostatnim pomysłem podpisuję się wszystkimi czterema kocio-behemocimi łapkami oraz ogonkiem i tym optymistycznym akcentem żegnam się i kilkam “publikuj” (w końcu są już loty kosmiczne dla prywatnych osób, jakby się naród złożył i wykupił one way ticket, to byłoby idealnie. Tylko niech Ojciec Dyrektor nie urządza zbiórki, bo wyjdziemy na tym jak pewna stocznia).

Aktualizacja z ostatniej chwili:

Po czterech godzinach negocjacji dwie wrogie partie dały PO-PiS i stwierdziły, że koniecznie trzeba przeprowadzić nowe wybory. Potwory i Spółka nawet rozumiem, Komisja Wyborcza im wisi nad głową jako ten miecz Damoklesa, a jak będą nowe wybory, to pewnie im to jakoś ulgowo przejdzie (czego nie rozumiem, powinni nie tylko stracić subwencje, ale w ogóle dostać zakaz startu w wyborach,  bo przyjmują pieniądze od osób, od których nie powinni, sportowca stosującego doping wyklucza się z wyścigu), a PO dla odmiany dorwie się do władzy juz teraz, a nie za ileś tam. W ten sposób wszyscy będą szczęśliwi, a obywatel jak zawsze biedny.